ATRAKCJE ALTERNATYWNE PODRÓŻE

Wejść w świat modernistycznej utopii – wizyta na paryskich blokowiskach, kolejne spełnione marzenie.

4 sierpnia 2020

Być może część z Was właśnie zakrztusiła się kawą, ale Ci, którzy wiedzą jak działa na mnie architektura, są świadomi, że to nie prowokacja, a najszczersza prawda. Gdy planowałam pełna obaw to lato wiedziałam, że teraz jest najlepszy moment by odwiedzi z dawna odkładane plany na eksploracje paryskich przedmieść i królujących tam blokowisk. Podczas Lockdownu, mocno nadrobiłam literaturę naukową popularnonaukową na temat architektury, a moja fascynacja postmodernizmem i brutalizmem eskalowała do poziomu, który mnie samą zaskoczył. Nie wiem czy to zenit czy tendencja wzrostowa, ale jedno było pewne – jeśli teraz je odwiedzę, przeżyję prawdziwe katarsis. Jeśli poczekam, może ominąć mnie coś wielkiego. Niema czasu do stracenia, gdy w grę wchodzi wielkie wewnętrzne, niepowtarzalne przeżycie…

Udało się, złapałam to. Doświadczyłam emocji, jakich było mi trzeba, radości i zachwytów do jakich potrzebne jest merytoryczne przygotowanie i pasja. Posłuchajcie dziś pełnej emfazy opowieści o blokach, blokowiskach i przedmieściach opowieści o emocjach. Musze to z siebie wyrzucić nim zdobędę się na piękny merytoryczny wpis, a może serię wpisów ( osobno o każdym z blokowisk- zasługują na to!) z pomocną mapką jak dojechać, co zobaczyć gdzie się kierować i na co uważać. Tymczasem posłuchajcie o spełnionym na czas marzeniu i zachwyćcie się ze mną betonem.

Jak to się zaczeło?

6 lat temu, po mojej pierwszej wizycie w Paryżu, natrafiłam na artykuł z ilustracjami w postaci zdjęć , a później artykuł w Guardianie, przypominający o projekcie- genialnego fotografa Laurenta Kronental. Sposób w jak przedstawił przedmieścia Paryża, zmienił na zawsze moje podejście do betonu. Pełna empatii i zrozumienia dla estetyki w architekturze XX wieku, a nawet II połowie XX wieku, odkryłam, że można wydobyć z niej jeszcze więcej. Te zdjęcia, są do dziś dla mnie niedoścignionym wzorem. Kunsztem i motorem napędzającym, by mimo, że Dyziek (moja wiekowa lustrzanka) ciąży na ramieniu, brać go z sobą i przekręcać mozolnie przesłonę i migawkę szukać tych parametrów, które pozwolą wydobyć głębie i miękkie światło.

Od tamtej pory wiedziałam, że kiedyś wrócę do Paryża tylko po to, by zajrzeć na te obrzeża, by nie mieć wyrzutów, że robie tylko to i aż to, że poświęcę dni na włóczeniu się po blokowiskach i będę szczęśliwa. Tak zrobiłam. I wiem, że tego dnia nigdy nie zapomnę.

Osiedla na obrzeżach mają różną opinię, moja koleżanka, która mieszkała kilak lat w Paryżu słysząc mój plan i wymienione osiedla- powiedziała „tylko nie jedz tam czasem sama”. Wiedząc, że i tak to zrobie, przewrotnie wolałam nie dopytywać, o które miejsce jej dokładnie chodzi, tłumacząc sobie, z eto tylko taki stereotyp lokalsa.

Naładowałam aparat, wzięłam zapas kart SD i dwie baterie siatkę z Tajlandii udającą idealnie powrót z targu z zakupami, żeby nie prowokować mieszkańców i poszłam przed siebie, jadąc z zachodu na północ, daleki paryski wschód, który dosłownie przeniósł mnie na moment do klimatu Kijowa, a następnie docierając na Południe. Ostatniego dnia kończąc w nowoczesnym City, gdzie za wieżowcami czyhają na niezwykłe brutalistyczne perełki.

Niektórych relaksuje las, mnie relaksuje patrzenie na doskonałe linie, przemyślane architektonicznie koncepcje i betonowe konstrukcje. Dobra architektura, spójność estetyczna sprawia, że totalnie się resetuje. Zapominam o głodzie i zmęczeniu, po przejściu 36 760 kroku, niemal padłam na twarz, a nastanego dnia odwiedzany Wersal wydawał mi się jedynie marnym cieniem wczorajszych zachwytów. W głowie nieustannie odtwarzały mi się obrazy z Areny Picassa, czy Espaces d’Abraxas i Clos des Aulnes.

Nie żałowałam jednak stóp i odcisków na nich, to wszystko było tego warte. Zrobiłam to dla siebie z czystej potrzeby serca i zachłannej nie znającej umiaru potrzeby estetyki i empirycznego poznania. Jeśli czegoś nie dotknę, nie przejadę ręką po śladach szalunków odciśniętych na betonie, nie wsadzę palców w zagłębienie płaskorzeźb- nie liczy się! Zdążyłam w momencie, gdy beton był mi bliski. Może za pare lat skoncentruje się na architekturze z okresu wybuchu kapitalizmu lat 90 i mniej będę przeżywać te cuda z lat 70 ? W zeszłym tygodniu jednak to właśnie one wypełniały mnie po brzegi. Mind fullnes w pełni. Ja aparat, trzask migawki, bycie offline, wdychanie zapachu rozgrzanego betonu i poszukiwanie najpiękniejszych kadrów. Wciskanie się w zakamary i rozmowy ze zdziwionymi mieszkańcami, którym mówiłam, że mają szczęście, że mieszkają w takim cudzie. Czasem kiwali głowami zadowoleni, a czasek kręcili głowo na znak dezaprobaty, machają ręka, w geście „a dobra juz rób sobie te zdjęcia, nie wiesz co mówisz”. Te pobieżne dialogi miały ich uspokoić chciałam pokazać, że przychodzę z dobrymi zamiarami. Nie wchodzę na ich teren jak do safari i poluję na ich prywatne życie migawką aparatu, a doceniam architekturę miejsca, w którym przyszło im żyć, chociaż, wiem, że życie na przedmieściach w tych betonowych molochach, ma swoje wady i mimo architektonicznych popisów i zachwytów, w wielu przypadkach, okazało się socjologicznym niepowodzeniem. O tym jednak innym razem, w kontekście każdego z osiedli z osobna można te kwestie rozpatrywać, niektóre są bowiem szczęśliwszym i lepiej rozplanowanym kompleksem inne jedynie kolejnym etapem na drodze do osiągnięcia perfekcji urbanistycznej, i lekcją, z której należało wyciągać wnioski, choć tych przypadków więcej znajdziemy w Berlinie, o czym opowiem w swoim czasie.

Wsród mijanych mieszkańców, byli tez chłopcy, którzy wyraźnie zaznaczyli, że to ich posesja i mam uciekać z tym aparatem. Only Look not photo! Byłam na to gotowa, myślałam, nawet, że takich sytuacji będzie więcej.

W tych iście estetycznych zachwytach, sięgałam zenitu ekscytacji. Patrząc na szare ściany betonu, beżowe czy rudawe elewacje, a także niebieskie udające chmury grafiki pokrywające smukłe wieże – w głowie kotłowały mi się myśli, na temat życia na tych przedmieściach. Dzielnicach, w których zapomniałam zupełnie, ze przebywam w Payzu, w miejscach, gdzie klimat był diametralnie inny. Zapragnęłam posłuchać historii z tych blokowisk wejść głębiej w ten betonowy świat. Kto wie, moze to nie ostatni raz, gdy zapuszczam się w te rewiry? Tymczasem zostawiam Was z raptem kilkoma kadrami, z mojego blokowego maratonu, poszczególne osiedla opiszę szczegółowo, wówczas poznacie ich topografie i historie, teraz niech przemówi obraz, niech ten post bedzie zajawką, tego co Wam niedługo zaserwuje .

Jeśli jest jakiś wniosek z mojego dzisiejszego posta to taki jak zawsze – spełniaj marzenia póki cieszą Cię najbardziej nic tak nie rozczarowuje, jak marzenie spełnione za późno. A i jeszcze jedno – nie bój się ruszyć przed siebie nawet jeśli Ci się nie chce, nawet jeśli musisz to zrobić w pojedynkę, zaraz za progiem domu, hostelu, czy na niewygodnym fotelu flixbusa bądź wizzaira dotrze do Ciebie, że dzieją się wspaniałe rzeczy, że przygoda trwa. Zobaczysz, że obudzi się w Tobie chęć odkrywania, tłumiona przez lęk, który ogarnia nas wszystkich. Mnie również. Gwarantuje jednak, że po tych kilku krokach, wbrew własnej chęci wyjścia ze strefy komfortu czekają na Ciebie niezwykłe przeżycia.

Czekajcie na posty z Paryża i jego blokowisk, dziś na zajawkę zaledwie kilka kadrów, ktore uczynily mnie kosmicznie szczęśliwą!

Uściski

Jess

This post has already been read 346 times!

You Might Also Like