REFLEKSJE

„Chora na Polskę”

12 lutego 2014

This post has already been read 453 times!

„Polska Choroba”

Gdy pisałam o moich 91 dniach tutaj myślałam jeszcze bardzo trzeźwo i chłodno. Obecnie od tygodnia choruje, ale nie jest to schorzenie zwyczajne, na które mogłyby mi pomóc jakiekolwiek tabletki. Nazwijmy to roboczo „chorobą na Polskę”, a w wolnym tłumaczeniu chroniczną tęsknotą. Dopadło mnie i utrudnia radość z Londyńskiego życia, odebrała nawet radość z wszystkich lotniczych i autokarowych biletów kupionych na najbliższe pół roku. Nagle jak ręką odjął przestało liczyć się wszystko Cardiff, Barcelona, Paryż, Manchester, Islandia, Mediolan, Rzym czy Nowy Jork. Żadni pisarze, którymi śladem wędruje nie potrafili mnie wzruszyć, jedyne ślady, którymi pragnęłam teraz przejść to te, którymi chodziłam na wieczorne spacery z moją Mamą oraz te, którymi szlajałam się jako nastolatka w długich spódnicach i trzewikach udając, że jestem jedną z postaci wykreowanych przez Jane Austen, która własnie przechadza się po angielskiej wsi, gdy tymczasem ja wędrowałam po moich, polskich polach i leśnych ścieżkach.

Gdzie leży Shire?

Gdy rozentuzjazmowana napisałam swój tekst o tym jak bardzo kocham Anglię, jeszcze za nim miałam okazje ją zobaczyć, nie mogłam wiedzieć, że hołubiony angielski krajobraz, nie jest niczym nadzwyczajnym, szczególnego charakteru nadaje mu emocjonalna więź jaką żywili do niej piszący peany pisarze. Dla, której ta ziemia była  najsłodszym nawyknieniem dziennego serca, świadkiem pierwszych pocałunków i młodzieńczych wzruszeń. Poszukiwania ( w nadziei zrozumienia i przeżycia dogłębnie) czyjegoś ( Cavendish) Avonle ( ( tak wiem to w Kanadzie, jednak Maud utożsamiała się z „Angielska Macierzą”), Wichrowych Wzgórz czy Austen’owskiego Surrey i West Sussex w nadziei na odkrycie czegoś niezrównanego i uduchowionego, jest błędem. Bowiem ta ukochana kraina to więcej stan ducha, niż rzeczywiste miejsce. To kraina, która pachnie Babcinym plackiem, w której rozbrzmiewa wiecznie rozbawiony głos Taty opowiadającego najlepsze kawały na świecie, to miejsce, w którym gdy zamykasz oczy słyszysz mimo woli głos swojego Dziadka, który opowiada Ci historię Twoich przodków i Mamy, która mimo chodem, jakby od niechcenia, ciepłym głosem uczy cie jak odnaleźć się w codzienności.  Miałam ostatnio dużo czasu by pomyśleć nad sobą, miejscem, w którym jestem i swoich poszukiwaniach; ten ostatni, ciężki dla mnie tydzień uświadomił mi, że każdy nosi własne Shire/Surrey/ Avonlea/ ( dowolna nazwa literackiej idylli) w swoim sercu i jest to kraina naszej dziecięcej szczęśliwości.  Nie sposób jej odnaleźć nigdzie na świecie, nawet jeśli jest nam w jakimś miejscu szczególnie dobrze.

Refleksja na temat patriotyzmu

Nie zostałam wychowana przez moich rodziców na patriotkę ani katoliczkę. Wyniosłam z domu liberalizm i daleko posuniętą tolerancje. Tak szeroko rozumianą, że oburzeniem napawała mnie tylko nietolerancja. Właściwie wychowano mnie na pacyfistkę. Tłumacząc, że wszyscy jesteśmy ludźmi, których najważniejszym prawem jest prawo do szczęścia bez motania się w sprawy instytucji nadrzędnych, które niczego nie zmienia. Mój Tatek, kosmopolita z przekonania, który był wszędzie i widział wszystko zanim jeszcze to wszystko wszędzie było dla wszystkich dostępne, zawsze tłumaczył mi, że nie ma większego absurdu niż śmierć w imię ojczyzny,  przywiązanie do  danego państwa to fikcja, a wojna w imię patriotycznych idei to zło największe. Mówił, zawsze, że przed wojną należny uciekać: z domu, z miasta a nawet jeśli zajdzie potrzeba z państwa czy kontynentu, bo liczy się tylko człowiek, a nie zatęchłe idee, o których kolejne pokolenie nawet nie usłyszy.Takie ideały wpajali mi, może nawet nie celowo rodzice, podczas miliona rozmów, które przeprowadzili ze mną w setkach rożnych kontekstów.
Z drugiej jednak strony, większą cześć mojego dzieciństwa spędziłam z moim Dziadkiem, który przez pierwsze 8 lat mojego życia,usypiał mnie śpiewając mi wojskowe piosenki, w tym moją ulubioną zaczynającą się od słów: „konnica jedzie, z lewego skrzydła i na piechotę naciera, patrzę ach patrzę upadł kolega, upadł kolega najmilszy„, czy też drugą moją ulubienicę, w której bohater radośnie śpiewa:„A jeśli zginę od wroga kuli, ty mnie dziewczyno nie żałuj”. Zabierał mnie na spacery po wojskowych cmentarzach, karmił opowieściami o swoim trzy letnim pobycie w wojsku, rodzinnymi historiami z frontu oraz nałogowo czytał mi przynajmniej raz na tydzień Pana Tadeusza. Efektem tego w wieku 5 lat potrafiłam powiedzieć bez zająknięcia kilka linijek jedenastej księgi, w której to: „cymbalistów było wielu, ale żaden nie śmiał zagrać przy Jankielu„. Edukacja tego najważniejszego w moim życiu mężczyzny, nie pozostała bez efektów. Jako dziecko wertowałam księgi szukając wszystkiego co historyczne. Najszczęśliwsza byłam gdy mogłam czytać książki o Piastach, chodzić po zamkach czy przerysowywać ich genealogiczne drzewo. Ostatecznie skończyłam na historii, nie wyobrażając sobie bym mogła robić w życiu cokolwiek innego niż opowiadać o tym co kocham., co mnie wzrusza, co napełnia duma i co sprawia, że zawsze z wielką radością objaśniam wszystkim zainteresowanym zagmatwane historyczne meandry polskich dziejów.
Obok, tej edukacji, była cała lista książek, gdzie egzaltowane bohaterki czy też narratorki, kobiecym głosem z emfazą opowiadały o miłości do miejsc w których wzrastały, a ja bezsilna na uroki literatury, omotana bez pamięci naśladowałam wszelkie ich poczynania, przywiązując się do każdej gałęzi, szumiących za oknem drzew i źdźbeł trawy, obserwowanych z okien ukochanej facjatki. Czynność, która z początku była niczym innym jak dziecinnym naśladownictwem, z czasem zamiast ustąpić, bezwiednie stała się częścią mojego jestestwa. Mieszając gdzieś tam z sobą egzaltacje i romantyzm, z których mimo nadziei, nie wyrosłam.
Istnieją więc dwa bieguny, dwa poglądy,  które bezwiednie ukształtowały moje jestestwo. Jeden ciągnął mnie w świat i sprawiał, że żadna subkultura, czy też inne awangardowe nurty nie były dla mnie zaskakujące, czy odstręczające, znajdując dla nich, wzorem mojej mamy pełną tolerancję. Jednocześnie pragnąc wszystko zobaczyć i wszystkiego doświadczyć.  Z drugiej jednak strony przywiązana dziecinną miłością, pełną emfazy i patriotycznych uniesień nie wyobrażałam sobie przez długie lata, bym mogła znaleźć szczęście gdziekolwiek po za ukochanymi murami własnego pokoju, swojej dzielnicy, a nawet tego własnego zaściankowego małego miasta, które przecież nie ma zbyt wiele uroku, ale jest tym co znane, a przez to bezpieczne i dobre.
Gdy wyjechałam tutaj nie mogłam nacieszyć się tym wielkim światem. Możliwościami oraz łatwością życia tu, na angielskim gruncie. Z drugiej jednak strony, natura romantycznej historyczki, nakazała mi znaleźć upust w jakimkolwiek patriotycznym działaniu, stąd praca w polskiej szkole i poszukiwania kontaktu z Polonią.
„… najwyraźniej da się żyć bez powietrza” ( M.Pawlikowska)
Myślę, że moje ostatnie nastroje spowodowane są faktem, że pierwszy raz w życiu jestem sama, naprawdę sama, daleko od domu, którego nie widziałam od ponad 3,5 miesiąca.  Paradoks mojej całej podróży polega na tym, że przybyłam tu złakniona wdychania tego samego powietrza co najwięksi moi mentorzy, teraz zaś marze o tym by przez chwile zachłysnąć przesyconym pyłem i śląskim dymem powietrzem, które nie tak dawno przeklinałam wniebogłosy. Myślę, że żeby przetrwać na obczyźnie powinno się co trzy miesiące, zaczerpnąć własnego, kochanego powietrza inaczej żyje się w obłędzie, niedotlenieniu emocjonalnym i duchowym, pogrąża się człowiek w letargu niczym śnięta ryba. Inaczej można ugrząźć w depresyjnym dołku,z którego zmienia się nieco pole widzenia. Męczy widok szeregowej angielskiej zabudowy, która dusi ciasnotą i swą unifikacją. Zabija myśl o felernej poczcie angielskiej i napawa mdłością wspomnienie pakowanego plastikowego jedzenia wyspiarzy.

Najsłodsze nawyknienie dziecinnego serca

Mam jednak świadomość i nie wykluczam, że ta tęsknota może być myląca, jak tęsknota za pierwszą miłością, która odbiera apetyt i radość życia, urastając we wspomnieniach do rangi ideału, którą weryfikuje dopiero spotkanie.  Wówczas niczym kubeł zimnej wody, człowiek momentalnie dochodzi do siebie i przypomina sobie, dlaczego osoba ta jest dziś dla nas tylko cennym wspomnieniem, a nie częścią naszej codzienności. Być może moja wizyta w Polsce przypomni mi dlaczego z niej uciekłam i zdecydowałam się na życie na emigracji, a może wręcz przeciwnie, rozjątrzy jeszcze bardziej krwawiące rany? Okaże się, czekam jednak jak na zbawienie, na mój lot do Polski po to by przez 1,5 dnia moc cieszyć się tym za czym czym po prostu tęsknie.

I za czym tu tęsknić?

Zapytał mnie ciągle obrażony na kraj znajomy. Jaka to za czym?– Odparłam oburzona. Za zapachem wiatru, który każdą porą roku niesie z sobą inne wspomnienia! Tutaj wiatr nie pachnie, dacie wiarę? A przynajmniej nie tak by można go z wiatrem skojarzyć. Za śpiewem ptaków. Za polskim jedzeniem, lecz przede wszystkim za polską różnorodnością. Choć zarzut ten odnoszący się do 9 milionowego miasta, najbardziej zróżnicowanego etnicznie w Europie i jednego z bardziej różnorodnego na świecie może wydać się przynajmniej dziwny. To jeśli spędzilibyście  trzy miesiące na obserwacji wiedzielibyście o czym mówię, to obszerny temat, któremu chciałabym poświecić osobny wpis. Jednak unifikacja wynikająca z kulturowego postępu jest tu momentami niedowytrzymania. To co na pierwszy rzut oka budzi podziw, z czasem doprowadza do prawdziwego szaleństwa i nie mam tu na myśli tylko szeregowej zabudowy, ale i pór roku, które nie istnieją, czy też muzyki. Tutaj nawet w radiu  ( na kilku stacjach na raz) leci ciągle jedno i to samo, absolutnie to samo, do obłędu i frustracji totalnie to samo.
Chopin i emigracja
Na szczęście a może na złość, przy całym tym emocjonalnym galimatiasie, prowadziłam w tym tygodniu zajęcia z dziećmi o Chopinie, a więc było o miłości do ojczyzny i tęsknocie za nią… Mówiliśmy o jego twórczości, życiorysie, podróżach i emigracji. Nigdy dotychczas, nie zdarzyło mi się tak dogłębnie zrozumieć jego muzyki. Etiuda rewolucyjna doprowadziła mnie do łez. Musiałam się mocno pilnować by opanować wzruszenie, gdy puszczałam utwór moim dzieciom. Mimo wrodzonej empatii oraz historycznej świadomości, a także znajomości epoki,  nie miałam dotychczas dla tej muzyki tyle zrozumienia i własnych emocji. Przypuszczam, że nigdy więcej nie będzie mi już dane, w takim emocjonalnym napięciu wychwycić tą chopinowska głębie uczuć, dobrze jednak, że choć raz złapałam w locie to napięcie i żal, którego dotychczas nie słyszałam, znajdując w jego muzyce, tylko czystą przyjemność.
Oczywiście zostaje
Teraz po tym jak ( kupiłam bilet !)  wyrzuciłam z siebie to morze słów, czuje prawdziwą ulgę. To co mi się w zeszłym tygodniu przytrafiło, jest dla mnie niezwykle cennym doświadczeniem, dotąd znanym mi jedynie z pełnych romantyzmu XIX wiecznych powieści, które podejrzewałam raczej o mocną przesadę. Teraz łatwiej zrozumieć mi dylematy Polonii i czyjeś decyzje o powrocie do ojczyzny. Ja żeby była jasnosć, jak pisałam ostatnio, na razie zostaje, a o moich planach na najbliższe pół roku przeczytacie już za dwa dni.
Dobrej Nocy

You Might Also Like