PODRÓŻE

Warszawa/ amerykańska wiza – i co dalej?

8 czerwca 2014

This post has already been read 373 times!

Podczas mojej wizyty w Polsce, dwukrotnie odwiedziłam stolice. Mam okropną słabość do tego miejsca, tym razem jednak miałam w tym mniej turystyczny interes.

W swoje urodziny stanęłam na progu amerykańskiej ambasady ściskając pod ręką czarną teczkę pełną dowodów na to, że jestem pełnoprawnym, związanym z ojczyzną i (z Wyspą również) obywatelem, który wszystko czego pragnie, to zjechać ich cudny kraj od wschodniego po zachodnie wybrzeże. Niestety, po 2 godzinach przechodzenia rozlicznych kontroli bezpieczeństwa, rozmów w okienkach, z ostatniego z nich, spojrzała na mnie swymi szarymi oczami przeciętnej urody amerykanka i powiedziała. „Przykro mi, na ten moment nie mogę Pani przyznać wizy, następny proszę”.

Ambasada mieści się na ulicy „Pięknej” i mimo zachęcającej nazwy, wcale nie bywa tam pięknie. Ludzie tłoczą się na chodniku już od zakrętu. A gdy przekroczy się próg wcale nie jest lepiej. Wszystko to nieprzyjemne, bardzo formalne, a nawet trochę upokarzające. Cała procedura trwa około 1,5 godziny. Stoi się po kolei to w jednej, to w drugiej kolejce. Pokazuje dokumenty, czeka na swoją kolej, znów pokazuje dokumenty, podaje dane i rytualnie czeka na swą kolej. Gdy ta wreszcie nastała, a za szklaną szybą ukazała się przyjemna amerykanka o miłym głosie, nic nie zapowiadało katastrofy. Dostałam szereg pytań, na które skrupulatnie odpowiadałam,podczas, gdy pani urzędniczka, cały czas zerkała do monitora, jakby kontrolując, czy mówię prawdę, co jakiś czas odbiegając od głównego nurtu i wtrącając jakieś bardziej abstrakcyjne pytanie, w stylu ”Po co była pani w Rosji?”, „Czy była pani w Turcji?” Ostatecznie gasząc mnie – krótkim okraszonym promiennym uśmiechem zdaniem: „przykro mi…”. Wypowiedzianym tak lekko i uprzejmie, jakby mówiła: :”nie ma w tej chwili śmietany 30, ale proszę przyjść jutro, wtedy mamy dostawę..”

Wychodząc pogrążona jeszcze ciągle w szoku, nie dowierzając absurdalnością w jakie zostałam wplątana, rzuciłam raz jeszcze wzrokiem na kolejkę piętrzącą się przed wejściem i  pomyślałam sobie, że to tu dla wielu dokonuje się ten sąd ostateczny, który powtarzając za Herbertem „dokonuje podziału na zgrzytających zębami i śpiewających psalmy”. Dla mnie to nie miało takiego wymiaru. Zeszłoroczne wypadki uczyniły ze mnie twardego zawodnika. Nauczyłam się przyjmować wszystko jak leci, schylając kark i przyjmując na barki kolejne lekcje pokory. Zeszłoroczne wypadki nauczyły mnie, by zawsze mieć plan B, a nawet C, D  a najlepiej i E. Dlatego gdy tylko wyszłam na ulice, nieco przewietrzyłam umysł, szybko zaczęłam myśleć innymi kategoriami, przestawiając umysł na nowe tory, przygotowując się do kolejnych życiowych zakrętów. Puki co nie wiem co dalej. Kreślę wykresy, tworze ramowe plany i zestawiam je z sobą. Mój gap year (pierwszy od piątego roku życia rok bez nauki) dobiega końca, wizja przedłużenia tej sielanki o jeszcze jeden rok, jest niezwykle kusząca. Z drugiej strony gna mnie pragnienie zanurzenia w XX wiecznych źródłach, zatonięcia w bezkresie słów przyjaciół z przeszłości i poświęcenia sprawą, które uważam za ważne i cenne w wymiarze, zrozumiałym dla mnie i garstki wtajemniczonych. Co zrobię? Nie wiem. Alternatywnych planów jest sześć, może siedem. Każdy z nich wymaga ode mnie pewnych działań, które właśnie podejmuje, resztę zweryfikuje, życie. Sama zrobię co w mojej mocy, w reszcie zdaje się na los.

Co wchodzi w grę? Zbiór wykluczających się alternatyw: drugie podejście do amerykańskiej wizy, powrót do Polski: Katowice, Kraków, Warszawa? Każde inne miejsce na Polskiej ziemi, gdy bedę mogła pracować w zawodzie. Rekrutacja na mojej Alma Mater bądź tu na miejscu w Londynie na Hammersmith. Pozostaje pytanie czy walczyć o polskie życie, czy budować swą rzeczywistość na wyspie. Cokolwiek się nie wydarzy, wracam zawodowo do życia. Obrałam kurs, czekam na wiatr.
Trzymajcie kciuki.

Bardzo dobra warszawska jadłodajnia, a właściwie bar mleczny, o niskich cenach i pysznym polskim jedzeniu.

You Might Also Like