LIFESTYLE OGARNIJ ZYCIE

Rozwódka brzmi dumnie

10 września 2017

To będzie wpis osobisty, ale spokojnie nie będzie tu prania brudów ani wylewania wiadra gnoju. Kto mnie zna ten wie, że moja pamiętliwość jest bardzo krótkotrwała, a przeszłość szybko nabiera dla mnie odcieni różu i pasteli. Są jednak rzeczy, których nawet ja nie zapominam. W zeszłą sobotę minęły 4 lata od mojego rozwodu. Bez wątpienia jednego z ważniejszych pod względem konsekwencji dni w moim życiu. Opowiem Wam o odzyskanym życiu i odnalezionej drodze. Pisze ten tekst dla wszystkich, którzy się boją zmian oraz dla tych którzy myślą, że cokolwiek w życiu przychodzi łatwo, ale także dla tych, którym brak wiary w siebie i swoje możliwości. Spokojnie mnie też jej kiedyś brakowało.
Nigdy nie zapomnę ciężaru myśli jaki mnie przytłaczał gdy skulona w kulkę siedziałam na parapecie mojego pięknego mieszkania i ze łzami w oczach liczyłam grube płatki śniegu. Miałam 23 lata i poczucie, że nic mnie już w życiu nie czeka. Świadomość, że przegrało się życie, niczym w Monopoly, źle zainwestowało się w domki, niestety drugiej rundy juz nie będzie. Przynajmniej wówczas jej nie dostrzegałam. W romantycznym porywie, bardzo młodej osoby wyszłam za mąż, nie mając wiele doświadczenia, nie wiedząc zbyt wiele o sobie, świecie i o czymkolwiek. Po krótkiej fascynacji i ogromnej energii jaką włożyłam, by być idealna Panią Domu, istnym wcieleniem Żony ze Stephord, załamałam się, nie widząc w tej roli dla siebie przyszłości. Zabawa w dom nigdy nie była moją ulubioną. W dzieciństwie, bawiłam się w kobietę komandosa, w kierowce tira, czy ewentualnie Annie z Zielonego wzgórza.

Czy powinnam się rozwieść?

szczescie po rozwodzie

Nad przepaścią z Pawlikowską

Pamiętam tą zimę, gdy mimo dwudziestu kilku lat, wiedziałam, że nic mnie juz nie czeka. Chuchałam na szybę i widziałam jak błyskawicznie para znika ze zmrożonej tafli, prawie tak szybko, jak moje marzenia, które rozdmuchiwali ludzie, którzy wówczas mnie otaczali, nim zdarzyłam powiedzieć je na głos znikały w niepamięć. Plany o wyprawie do Chin, dalekiej Amazoni, mieszkaniu na Manhattanie, projekcie w San Francisko, kąpielach w oceanie, koleji Transsybersyjskiej, wszystko to okraszone było pogardliwym uśmiechem niezrozumienia, czasem kpinami, ginąc w prozaicznych WAŻNYCH planach, które niebawem miały stać się częścią mojej codzienności. Pracy w szkole, a jak jej nie dostane to dziecka, bo lepiej je teraz urodzić gdy jest się młodym i i tak nie ma się pracy, ewentualnie pracy w urzędzie miasta, gdzie mogłabym ( dzięki dobrej woli znajomych mojej przyszywanej rodziny) dorobić do emerytury… Jeśli już muszę podróżować- słyszałam- to raz do roku jakieś all inclusive, żeby tylko było bezpiecznie, koniecznie po europejsku. No i tanio, to najważniejsze, bo pewnie trzeba będzie zacząć budowę. Życ będziemy kiedyś, teraz trzeba zarobić na emeryturę,

Każde zdanie zaciskało się niczym pętla na mojej szyi. Zabijając resztki mnie. Wybiegając na pola tonące w nawłoci życzyłam sobie śmierci w świecie, w którym już nad niczym nie mam władzy. W którym wszystko z góry aż po emeryturę przewidziane zostało za mnie. Bez dozy szaleństwa, bez spontaniczności, bez samotnych nocy na plazy, bez wędrówek z plecakiem w nieznane. Bez nocy w samochodzie na dzikim parkingu i na podłodze autobusu. Bez wyprawy, na drugą półkule, Bez sensu…

Nie mówię, że życie, które mi oferowano jest czymś złym. Miliony osób tak żyje i potrafi być szczęśliwa. Ja jednak byłam zbyt młoda i chciałam więcej, mocniej, bardziej. Chciałam żyć jakby jutra miało nie być. Chciałam doświadczać, mylić się , zaczynać jeszcze raz i znów próbować. Szaleć, kombinować, mieć poczucie, że wszystko co mnie ogranicza to tylko moja wyobraźnia. W głębi duszy wiedziała, że do takiego życia jestem stworzona, nie potrafiłam tylko znaleźć w sobie siły by ją urzeczywistnić. Każde kolejne ograniczenie, zabijało we mnie chęć życia.
szczęsliwa rozwodka jak przezyc rozstanie plusy rozstania czy warto sie rozstac
Gdy powoli zaczęłam uświadamiać sobie, że wszystko poszło nie tak. Uciekałam w literacki świat, odnajdując ukojenie tylko u Magdaleny Samozwaniec i jej Marii i Magdaleny. Historii sióstr Kossak, które w czasach, w których kobiecy, żywot miał niewiele większą wagę i prawa niz wyposażenie wnętrz, Kossakówny szalały w najlepsze. po początkowych porażkach i nieudanych małżeństwach, ustawiały mężczyzn po kątach i na nowo rozkładały karty tym razem po swojemu. Tylko ja wiem ile zawdzięczam Magdalenie Samozwaniec i jej historią. W owym czasie, gdy paliłam się ze wstydu, bojąc przyznać do nieszczęścia w jakie sama się wpędziłam, przyjaciółki z przeszłości były dla mnie jedyną osłodą. Dzięki nim zaczęłam powtarzać sobie w duchu, że pewnego dnia i mnie się uda, że i ja stanę się Panią swego losu i wyswobodzę się z wszystkich więzów.
Puki co wracałam do nich i powtarzałam,  za każdym razem gdy świat wymykał mi się spod kontroli, gdy brakowało mi sił, gdy czułam, że już nic mnie nie czekam wracałam do Marii i Magdaleny, szczególnie lubiąc rozdziały w których kobiety żegnają swoich mężów i świat się nie wali. Potrzebowałam tego jak powietrza,
by przekonać siebie, że rozwód nie jest końcem świata, że mam prawo jak w Monopoly rozegrać jeszcze jedną ( a jak pokazują losy Pawlikowskiej) może nie tylko jedną rundkę. Historia Pawlikowskiej, pozwoliła mi wyjść z tego zwycięsko, czytałam nieustannie, o Lillce i jej podróżach, o Madzi i jej mężach, o kolejnych rozwodach sióstr Kossak i z powrotem zaczynałam jeszcze raz, jak mantrę bezwiednie powtarzając sobie, że skoro one mogły żyć po swojemu, JA TEŻ MOGĘ! Bałam się koszmarnie. Przez 2 lata czytałam tą Pawlikowską, później wracałam również cyklicznie do wstępu w Jedz módl się i Kochaj i oglądałam wspomniane ostatnio wraki na trasie. (link). Marząc, że i mnie kiedyś czeka jakaś przygoda.
Czego się bałam? Pamiętajmy, że mieszkałam w małej dzielnicy, gdzie każdy się znał, o ile kuriozalnym dziś wydaje mi się przejmowanie tym, co ktokolwiek o mnie myśli, wówczas byłam częścią tej wspólnoty. Bałam się reakcji rodziny, w końcu, przekonałam ich wszystkich do tej szaleńczej decyzji, jaką był szybki ślub, w młodym wieku. W końcu, najważniejsze, bałam się zmiany, bałam się wyjść ze strefy komfortu. Przerażała mnie wizja, że zupełnie nie wiem co mnie czeka, co będę robić, za co będę żyła. Stracę poczucie stabilizacji i bezpieczeństwa.

Po co o tym piszę? Żeby każdy, kto czasem zagląda tu i myśli, o jej się udało, o ona ma łatwo, ja tak nie mogę.. Wiedział, że wszyscy mamy równe szanse i ja też kiedyś siedziałam na parapecie przyklejona do szyby, na peryferiach świata, skrolując blog Adamand Wondered myślałam, że to nie możliwe, żeby ktoś w moim wieku, był w tylu miejscach i miał tak ekscytujące życie. Dziś sama czuje, że jestem we właściwym miejscu, że kontroluje wszystko, że naprawdę jestem Panią swojego losu. Ale jak widać, nie zawsze tak było. Podęłam jednak decyzje, która zajęła mi wiele czasu i wiele mnie kosztowała. Przede wszystkim musiałam wyjść ze strefy komfortu, opuścić to co znane, na rzecz wielkiego świata o którym jako dziewczynka z peryferiów niewiele wiedziałam. Dziś uważam, że to była jedna z najważniejszych decyzji w moim życiu.


jak przezyc rozstanie

Czy żałuję, że byłam żoną? Nie! Nie mam w zwyczaju niczego żałować, uważam, że gdyby to się nie wydarzyło, nie dowiedziałabym się czego tak naprawdę od życia chce, albo zajeło by mi to o wiele więcej czasu. Powiedzmy, że był to gorzki, ale przyspieszony kurs dorastania i samopoznania.

Codzienna Euforia

Przez kolejne kilka lat po rozstaniu, budziłam się codziennie rano z uczuciem nieznanej euforii, która przepełniała mnie po brzegi, za nim jeszcze uświadomiłam sobie co się stało skąd ta radość. Czułam jak rozlewa się po ciele błogie szczęście. Jakbym coś wygrała. Jakby stało się coś niemożliwego. Działo się! Każdego dnia przezywałam zwycięstwo wygranego życia, odzyskanego życia! Ubezwłasnowolniająca poranna euforia, była efektem odkrywania na nowo, poczucia wolności. Czułam jak odrzucony ciężar narzuconego życia odlatuje w niepamięć, a ja lekka niczym piórko każdego dnia jestem silniejsza by stoczyć bój z całym światem, skoro, mogłam wygrać walkę o własne życie.

Dziś jestem panią własnego losu, to ja rozdaję karty, to ja decyduję i ja wiem, że sobie poradze. Zawsze. Wiem, że stoczyłam jeden z silniejszych bojów udając się w nieznane, walcząc o życie, o którym nie miałam pojęcia, ale czując, że to w którym tkwie, jest jedynie marnym cieniem, a raczej senna marą tego, które mogę wieść w każdym miejscu na świecie.

kiedy warto sie rozwiesc czy powinnismy sie rozstac

nie dbaj o opinie innych

kiedy pojsc na terapie

Zdjęcia Karolina Leśne Historie / Media State

Jak wspomniałam Wam ostatnio, przy okazji historii o Nordkappie, nie miałam nic, humanistyczny dyplom bez perspektywy, marne oszczędności na przeżycie, świadomość, bezrobocia i konieczność wyjazdu na emigracje by fizycznie pracować. Mimo wszystko, życie to było dla mnie wygraną,
bo oznaczało, że zaczynam budować swoją własną ścieżkę. Tak jak sama będę chciała.
Wszystkie wspaniałe rzeczy, które przytrafiły mi się przez ostatnie 4 lata, nigdy nie miały by miejsc, gdyby wówczas brakło mi odwagi.
Odważyłam się. Jak widać i dziś to ja dyktuje warunki. Jestem Panią własnego losu, rozdaje karty, sama buduje swoje poczucie stabilizacji.
Być może dla wielu to niezrozumiałe, ale dla mnie to ogromny milowy krok. Odwaga przy podjęciu decyzji, zmiana całego życia i otoczenia udowodniła mi, że dam sobie radę w życiu ze wszystkim.
Dziś niewiele jest sytuacji w których czuje ze nie mogę, nie dam rady. Fakt, że wtedy zawalczyłam o siebie, swoje marzenia i własne życie, jest największym motorem napędowym do działania.
Ps. dziś mój były mąż jest szczęśliwym człowiekiem z fajną dziewczyną, planują ślub, a ja trzymam za ich związek kciuki. Ja z Fahadem natomiast planujemy… kolejną podroż na inny kontynent i kilka bliższych, no dobra, znów kupiliśmy wiele biletów na zapas, by rozkoszować się swoimi planami na długo zanim one nastaną:) Ważne by znaleźć w świecie miliona możliwości, własną opcje, nawet jeśli dla innych jest ona nieakceptowalna. Uwierzcie, gdzieś tam czeka na Was szaleniec, który jest tak samo nienormalny jak Wy, czasem jednak trzeba wytężyć wzrok, być może nie jest to na pierwszy rzut oka takie oczywiste…
pozdrawiam ciepło
Jess

This post has already been read 4573 times!

You Might Also Like