PODRÓŻE REFLEKSJE

Co sprawia, że kocham pewne miasta? Rozczarowujący Wrocław

15 lutego 2015

This post has already been read 359 times!

Po wizycie we Wrocławiu, z którym niestety się nie polubiliśmy, zaczęłam zastanawiać się co sprawia, że jakieś miasto ( nawet to w ogólnej ocenie nie najpiękniejsze) potrafi zawładnąć moim umysłem na długie miesiące, a nawet lata. Działa to również w druga stronę, piękne miasto – nie pozostawia, po sobie żadnych odczuć, nie zachwyca, nie rozkochuje w sobie, mimo, iż miliony turystów wracają z niego zachwycone.

Czynniki utrudniające – zachwyt nad miastem.
Istnieje kilka czynników, bezapelacyjnie, jeśli zaburzymy swoją piramidę Maslowa ( będzie nam zimno, będziemy, niewyspani, głodni, zestresowani) ciężko w takich sytuacjach skupić się na zwiedzaniu. Wspomniany naukowiec, udowodnił, że nie jest możliwym wspiąć się na poziom odczuwania estetyki, gdy nie zaspokoiliśmy swoich najprostszych potrzeb ( chociaż na norweskich fiordach nic mi nie przeszkadzało, by umierać z zachwytu!). Jeśli towarzystwo nie dopisuje i atmosfera w grupie, wpływa na nas negatywnie, również ciężko, jest docenić odwiedzane miejsce, uważam jednak, że nie jest to nie możliwe. Sama chciałam ugryź jeszcze innej kwestii, którą nazwę pretensjonalnie – duszą danego miejsca.

Gdy chodzi o odbiór odwiedzanych miejsc, nie jestem obiektywna. Działam pod wpływem emocji i osobistych odczuć. Potrafię oczywiście obiektywnie przyznać, że miasto może się podobać, że spełnia, kryteria miasta turystycznego, które zaspokoi podstawowe potrzeby turysty. Jako historyk potrafię opowiedzieć jego historię, a przynajmniej naprędce zbudować jakiś historyczny szkic. Gdy mnie zmusisz opowiem o przemianach architektonicznych i niekłamanych walorach artystycznych tego miejsca.

Niemniej jednak, jestem nie czuła na takie zagrania, żeby mnie w sobie rozkochać, nie trzeba pięknych symetrycznych uliczek, złożonych z średniowiecznych kamieniczek, o kolorowych fasadach. Zabytkowych kościołów, pamiętających czasy odrodzenia, ani wspaniałych zamków.  Nie jest to argument przemawiający przeciw miastu jako takiemu, nie jest jednak warunkiem koniecznym. Szukam autentyczności, alternatywy, nie oczywistego piękna..

Co więc zatem? Miasto musi mieć dusze. To coś co czuć, w każdym jego zakamarku, jakiś nienamacalny fluid, który czuje się w powietrzu, który sprawia, że chce się gdzieś wracać – nawet jeśli nie jest najpiękniej.  Za słodki estoński Tallinn nie podbił mojego serca, monumentalny Petersburg również –  a Helsinki zawładnęły moją wyobraźnia bez reszty. Dlaczego Lwów jest jednym z tych miast, które darzę szczególną estymą, a Warszawa od lat była tym miejscem, o którym nie mogłam przestać myśleć?  Co Katowice mają w sobie takiego, że bliższe mi są niż Kraków, z swą bajeczną galicyjską historią? To ten magiczny fluid!

Kraków z swoim tradycjonalizmem, starówką i historią przeciska nas do ziemi i nie pozwala oddychać, nie pozostawia miejsca na własne dopowiedzenia. Nie mogę sobie wyobrazić, bym mogła tam zamieszkać, Od razu czuje pętlę zaciskająca się na szyi! To samo poczułam we Wrocławiu.

Wrocław

Być może jestem zbyt surowa, miasto znane w całym kraju, jako to najpiękniejsze, poniemieckie z przepiękną starówką i klimatycznymi uliczkami  – okazało się mdłe. Pierwszy raz byłam we Wrocławiu jakieś 14 lat temu. Szybki obchód Panorama Racławicka, Rynek ogród botaniczny i sajonara. Co więc się stało? Czułam w powietrzu coś odpychającego. Przyznam szczerze, że nie wiele rzeczy przykuło moją uwagę. Najbardziej spodobały mi się knajpki, pod mostem, takie swojskie, trochę jak w Wiedniu, Londynie czy Powiślu. Może brak osoby, która pokazała by mi inne oblicze tego miasta? Bardziej alternatywne, z dala od kolorowych kamieniczek, które już dawno przestały mnie interesować? Pomijam fakt, że Wrocław nie okazał się dla mnie zbyt gościnny, pierwszym widokiem, jaki zobaczyłam wysiadając z Polskiego Busa przed północą, był lezący na ziemi czołgający się gołodupiec – wykrzykujący coś w języku elfów, którego przeraźliwy głos wychodził jakby z trzewi!  Nie jestem bojaźliwa kobietą, niemniej jednak nie jest to przyjemny widok i świadczy o złym monitoringu przestrzeni publicznej. Gdy wyjeżdzałam również nocną porą, przechodziłam przez przejście podziemne w samym centrum ( nienawidzę tego!) oczywiście musiałam nadziać się tam na podłego koniobijce ! Sytuacje te opowiadam, bardziej humorystycznie, nie miały one wielkiego wpływu na mój odbiór miasta, niemniej jednak nie są one przyjemne.

Postanowiłam jednak, że dam miastu szansę i odwiedzę je z przyjaciółmi letnia pora, być może w towarzystwie kogoś, kto zna je na wylot i odczaruje jego mdły obraz. Dziś zapamiętałam je jako – skrzyżowanie Drezno-Mysłowic, z krzywda dla pierwszego miasta i awansem dla drugiego. Drezno- to moje wielkie rozczarowanie, nieudana podroż literacka, jednocześnie niezaprzeczalnie słodkie, piękne niemieckie miasto bez polotu, Mysłowice natomiast to więcej niż brzydkie i zaniedbane miejsce na Śląsku, które odpycha jak mało które.

Nie da sie ukryć, że najmilszym momentem tego wyjazdu były inspirujące rozmowy z Roksu! Nocne pogaduchy o podróżach, miłości i weganizmie będę wspominać bardzo ciepło! Buziaki Maleńka:*

You Might Also Like