PODRÓŻE Uncategorized

Barcelona dzień 1, rozluźnienie planów i nowy znajomy z Kongo

19 marca 2014

This post has already been read 380 times!

Przybyłam do miasta wieczorem, już na lotnisku czekało mnie pozytywne zaskoczenie. Po „moim” Stantsed (nie dziwcie się śpię tam jak jakiś menel ostatnio nałogowo, poczuwam się wiec do utożsamiania z tym miejscem) , Barcelona El Prat to naprawdę cudowna alternatywa. Lotnisko jest duże i po prostu przepiękne! Architektonicznie zachwyca bez reszty, samo w sobie jest perełką dającą przedsmak tego co można zobaczyć później. Po zeszłorocznej przeprawie z Hiszpanami w Alicante i Walencji zakładałam, że nikt tu mówić po angielsku nie będzie, a tu już od progu miłe zaskoczenie. Barcelona nastawiona na turystów – nie może sobie na to pozwolić, dlatego już w punkcie informacyjnym zostaje absolutnie pozytywnie zaskoczona. Pan pięknym angielskim ( wreszcie zupełnie zrozumiałym, po tym brytyjskim warkocie)  odpowiedział na lawinę moich pytań, w tym jak najtaniej dotrzeć do miasta i tu kolejne zaskoczenie. Otóż najtańszym środkiem lokomocji jest pociąg!



Wszędzie gdziekolwiek byłam to pociągi stanowiły elitarne rozwiązanie, zazwyczaj są najszybsze i jednocześnie najdroższe. Tu na odwrót – wolniejsze i tańsze. Przemiły pan zaproponował mi bilet za 10.30 E – na dziesięć przejazdów, obejmujący pociągi, metro ( w tym dojazd z lotniska do centrum i z powrotem) Oszalałam ze szczęścia. Po tym co cenowo serwuje Londyn, (jeśli się nie kombinuje z easybusem, to minimum 8- 10 gbp za przejazd w jedna stronę z lotniska) to naprawdę miłe zaskoczenie.

A powietrze? Boże jak pachnie! Trafiłam więc do nowoczesnego pociągu, w którym panowie grali Reya Charlesa na saksofonie śpiewając do mikrofonu, a słońce mieniło się wszystkimi odcieniami różu przez amarant aż po pomarańcz, skrywając swą rozżarzoną tarcze za górami. Cały ten malowniczy obraz, był przemiłym początkiem wizyty w tym mieście, które zdawało się od progu witać mnie z otwartymi ramionami. Pociąg dowiózł mnie do samego centrum, gdzie już po chwili stałam pod Casa Batilo, cudownie oświetlonym wieczorną pora, by następnie przemierzać La Ramble z wszystkimi jej dobrodziejstwami.  ( wliczając to cztery gałki najlepszych od lat lodów jakie pozwoliłam sobie zjeść na kolacje). Gdy po pewnych perturbacjach trafiłam do hostelu, genialnie ulokowanego, gdzie dorm (tuz przy La Rambli) kosztuje 6,50 E od osoby w 8 osobowym pokoju) spotkałam tu pewnego Rumunczyka, który opowiedział mi historie swojego życia. Co ciekawe, też jest nauczycielem z wykształcenia, co więcej historii, po wyczerpującym związku postanowił ruszyć w świat i trochę odpocząć, pracuje to tu, to tam i co najzabawniejsze urodził się w tym samym dniu co ja, uśmialiśmy się z Tiudorem nieźle opowiadając sobie nawzajem anegdotki z różnych miejsc, ja z UK on z Dubaju. Później jak pisałam w ostatnim poście zanurkowałam w świat Zafona, chcąc raz jeszcze przeżyć ten czar, który udało mi się kiedyś odnaleźć w jego powieściach.
Rano.
Ambitne plany ruszenia na miasto o 5,30 by zobaczy je osnute mgłą niczym w książce Zafona, były nierealne. O 9 opuściłam hostel, zostawiłam rzeczy w przechowalni i wolna z przewodnikiem w ręku ruszyłam w stronę zabytków Gaudiego.
Nieśpiesznie przeszłam kilkadziesiąt kroków w stronę, portu, gdy zaczepił mnie pewien murzyn, który wszedł mi w kadr i chciał żebym mu wysłała zdjęcie. Chwile pogadaliśmy, dał mi na siebie namiary a ja złożyłam obietnice przesłania ich przez facebooka, przy okazji dostałam zaproszenie do Konga skąd Alexis pochodzi. Uśmiechnęłam się na pożegnanie i ruszyłam do portu który jest naprawdę uroczy. Woda, marina, palmy, wszystko idealne, az chciało by się tu zostać na zawsze, a przynajmniej na dłużej.
La Ramba o tej porze roku wygląda dziwnie, tym bardziej gdy na zewnątrz jest około 25 stopni, a drzewa są tak łyse jak tylko w grudniu być potrafią, bez ani jednej oznaki wiosny! Tak wiec spacerowałam tym deptakiem cudów, który dopiero budził się do życia, zewsząd pachniało pieczywem i kwiatami, które niczym barwny dywan zalały LA Ramble. Był to ciepło, że mogła swobodnie chodzic w krótkim rekawóku, co więcej żałowałam, że nie ubrała sukienki na ramiączka, pogoda była naprawdę upalna, właściwie pierwszy raz od niepamiętnych czasów było mi ciepło!
Spacerując tak skręcałam co chwile w boczne uliczki La Rambli, tym sposobem trafiłam na targ staroci, na którym właśnie rozkładali swoje skarby staruszkowie. Wiekowe książki, zabytkowe odznaki, pierdołki i cenne znaczki, wszystko o czym tylko dusza kolekcjonera może zamarzyć. Jakoś nigdy nie mogę się oprzeć by nie pochylić się nad tymi straganami, nie wziąć do ręki, nie zapytać o cokolwiek, lubię rzeczy z historią, chociaż nie znoszę ich do domuJ
Podczas tych moich nieśpiesznych oględzin, usłyszałam za plecami jakieś wołanie – „Jeska”, „Jeska”  (fonetycznie pisząc), gdy się odwróciłam zobaczyłam twarz Alexis’a, znalazł  mnie tu i zaproponował kawę zgodziłam się i tak chwilę później, dreptaliśmy razem, rozmawiając na temat życia w Barcelonie i Londynie, porównując klimat, politykę i socjalne możliwości obu miejsc.
Szukałam czegoś na śniadanie, marzyła mi się wizyta w La Boquerii ( wielkim targu z jedzeniem) jednak ciągle była zamknięta, miałam nadzieje, ze może o 10… Zrobiliśmy więc rundę po Placu de Kataluna, jednak marzenia były złudne, dopiero pod koniec dnia, gdy szykowałam się tam znów na kolacje, okazało się, że w niedziele jest zamknięte.
Zanurzyliśmy się wiec w labirynt uliczek na Bari Ghotic, które za każdym zakrętem obnażały przede mną nowe cuda. Nie ważne, czy interesuje nas sztuka, historia, architektura – to miejsce po prostu zachwyca, wąskie ocienione uliczki, o typowym dla południa klimacie, prowadzące na otwarte place pełne drzew i stoliczków, przy których starsi panowie niespiesznie popijają kawę czytając poranna gazetę, inni sprzedają obrazy, bądź po prostu przesiadują w cieniu, kryjąc się przed promieniami upalnego słońca, przyglądając z uwaga przechodnią. Co kawałek można się nadziać na fragmenty średniowiecznych murów miasta oraz gotyckie zabytki, wśród nich zachwycającą ( choć wcale nie starą) Katedrę Barcelońską, która zarówno swym portalem jak i nawa główną robi piorunujące wrażenie.
Śniadanie zjedliśmy przy placu dei Rei gdzie z dużego okna rozpościerał się widok na dawny budynek rządu katalońskiego. Stąd nieśpiesznym krokiem już niedaleko do Muzeum Historii Miasta, oraz Katedry Barcelońskiej. Z jej schodów rozpościerał się iście eklektyczny widok, który pozwala w przekroju  spojrzeć na to specyficzne miejsce. U szczytu schodów, żebrzący, którzy oblepili całe schody, nigdy nie widziałam jeszcze takiego oblężenia. Kalecy, starzy, w średnim wieku, z laskami, kapturami, z amputowanymi nogami, ale i młodzi… Na podeście zaś tańce, ludzie niczym do zorby spletli się ramionami i w dwóch kółkach tańczyli w rytm muzyki, która roznosiła się po całej ulicy z instrumentów podpiętych do wzmacniaczy grali jacyś uliczni grajkowie. A kawałek dalej? Widownia skandująca na cześć biegaczy, którzy za barierkami, wzdłuż ulicy ulokowanej obok Katedry, mieli trasę swego maratonu.
Po tym przedpołudniu spędzonym na Bari Ghotik, zapragnęłam zobaczyć w dziennym świetle Casa Batilo, oraz Casa Mila. Pod pierwszym z nich stałam jak oczarowana, śledząc wyraźnie każde zagięcie, każdy fragment doskonałej architektury i niedoścignionego geniuszu tego mistrza. To cos więcej niż budynek, niż zabytek, to prawdziwe arcydzieło. Nie wiele widziałam, w życiu rzeczy, które są równie oryginalne i jednocześnie niewymuszone. To geniusz w czystej postaci.
Casa Mila, niestety oblepiona od góry do dołu reklamami, które osłaniając rusztowania, ustawione w celu konserwacji. Az serce się kraje..
Obydwa obiekty usytuowane są w dzielnicy Exaimple, zupełnie odmiennej od Bari Ghotic, tak różnej architektonicznie, że ma się wrażenie, że jesteśmy w innym, zupełnie nowym mieście. Bari Ghotick z wąskimi uliczkami, typowymi dla południowych śródziemnomorskich miast, nie ma nic wspólnego z modernistyczną zabudową, szerokich alei Exaimple. Tutaj nie ma przypadkowych budynków, co kawałek zaskakuje nas kolejne secesyjne cudo. Liczy się nie tylko Gaudi, chociaż to mistrz niezrównany, obok niego mamy innych twórców, których hiszpańska wersja secesji jest naprawdę wybitna. (ale o tym szczegółowo następnym razem)
Gdziekolwiek jestem, oprócz targów, cmentarzy, śladów ulubionych literatów, bądź artystów, szukam secesji. Przeważnie zakochuje się w miastach, które mogą się poszczycić posiadaniem, choć kilku secesyjnych obiektów. Na co dzień cenie sobie prostotę i minimalizm, nie utrudniając sobie życia zbędną dekoracyjnością, jednak gdy chodzi o sztukę, nie potrafię nie kochać tych wykrętasów, tej wijącej się niczym winnalatorośl linii, która oplata budynki, każe im wyginać się w ryt muzyki, która słyszą tylko ci, którzy ukochali sobie tą epokę, którzy rozumieją jej rytm. Tak więc spacerowaliśmy tymi ulicami, pełnymi secesji, a ja wsłuchiwałam się w muzykę, która płynęła z tych murów, które opowiadały swoją własną historię. Każda kolejna elewacja, barwny dach, wygięte wejście, wszystko to przypominało mi przesycone artyzmem i kipiące zżyciem Belle Epoque.
Spod Casa MIlia, metrem dotarliśmy do Parcu Guell, uwieczniony na milionach reprodukcji, wydawał mi się inny, niż zastałam go w rzeczywistości. Na żywo jest piękniejszy, roślinności, czerwona ziemia, wszem obecne kaktusy i przede wszystkim widoki, rozpościerające się z każdego zakątka na całe miasto. Są czymś czego nie da się opowiedzieć, trzeba stanąć na szczycie wzgórza krzyży i spojrzeć na wszystkie strony ( swoja drogą, pięknie mi wzgórze krzyży z dwoma krzyżami, na którym, w rzeczywistości, żadnego z nich nie widać, bo kłębi się ono od tłumów ludzi). Stad rozpościera się widok, na Montjuck i Tibidabo, a także można przyjrzeć się wyraźnie linii brzegowej portu, marinie, oraz dźwigą, które jak pająki zakleszczyły Sagrade Familię. Ponieważ po tym jak dwa lata temu przeczytałam biografie Gaudiego i zapałałam do niego wielkim uczuciem, pragnęłam zobaczyć jak zył ten niezwykle skromny, oddany pracy i bogu człowiek, dlatego odwiedziłam domek mistrza, w którym mieszkał nim przeniósł się do Sagrady Famili. W Domku, można podziwiać meble projektowane przez artystę, oraz zajrzeć do jego skromnej sypialni, łazienki i pokoju modlitw, wszystko to daje obraz tego człowieka, który niczym bracia zakonni, prowadził niemal ascetyczne życie.
Po wyjściu z Parcu Guell uznałam, że jeżdżąc metrem tracę okazje, by wdychać to bajeczne hiszpańskie powietrze, by cieszyć się słońcem i móc przyglądać dzielnicy Exaimple z bliska, mimo pewnej odległości, poszliśmy więc na nogach w stronę Sagrady Famili. Spacer uliczkami Exaimple, był niezwykły, sama Sagrada Familia jest zaś obiektem bardzo specyficznym.
Wszyscy wiemy jak wygląda, ten jeden z najsłynniejszych kościołów świata, jednak gdy stanie się przed nią owiniętą w te pajęcze nici rusztowań i siatek ochronnych, które osłaniają większą jej część, ma się ochotę uciec stamtąd i zanurkować w czytelni, wśród albumów prac Gaudie, by zobaczyć ją, wolną od tych pajęczych kleszczy, które nie pozwalają cieszyć oka jej pięknem.
Rozumiem, że miasto na ile to możliwe stara się kontynuować myśl, wielkiego twórcy, który pragnął by budowa trwała nieskończenie, niczym perpetuum mobile, raz puszczona w ruch nigdy się nie zatrzymała, pozwalając katedrze podążać za duchem czasu, nigdy się nie zestarzeć. Nie wiem, czy mogłoby jej to grozić, jej styl, tak odmienny od klasycznej secesji, nie może być czymś przebrzmiały, jest jakby po za marginesem jakiegokolwiek błędu i nudy. Nie może się przejeść cos jedynego  i zupełnie unikatowego. To najlepszy dowód na to, że geniusz wyprzedza własna epokę, mam wrażenie, że Gaudi sięgnął tak daleko, że ciągle jeszcze w sto lat po rozpoczęciu budowy, epoka Sagrady Famili jeszcze nie nadeszła. Stojąc tam pod jej nawą główną, której jedynie fragment wolny był od pajęczych nici, miałam wrażenie, zę to nie kościół, nie katedra, nie bazylika, że to prawdziwe odrębne zjawisko, że ten niezrównany mistrz stworzył coś czego nie można zestawić z niczym innym na tym globie.
Gdy stoimi pod bazyliką św Piotra w Rzymie, czy Katedra św. Pawła w Londynie, uderza nas piękno, jednak jest to piękno architektury, konkretnej złożonej, spójnej, doskonale realizującej zamysł epoki. Tu – nie ma zamysłu epoki, tu jest wolność, dowolność i bijący z każdego milimetra sześciennego geniusz twórcy.
Jeden dzień to naprawdę niewiele, dobrze, że za kilka dni, po Fallas, wrócę tu znów by zanurkować raz jeszcze w barcelońskiej architekturze, kierując się tym razem, w strone Tibidabo oraz wzgórza Montejuck, a także do środka niektórych obiektów.
Mój nowy znajomy z Konga, dzielnie towarzyszył mi cały dzień dostarczając sporo uciechy, zabawiając swoimi opowieściami i wygłupami. Powtarzał mi bez końca: „Pamitaj jestem Alexix, czrany numer jeden w Barcelonie!” Już uśmiecham się do zdjęć na wspomnienie jego wygłupów, ten dzień oprócz Gaudiego, będzie kojarzył mi się bezapelacyjnie z Alexisem, smakiem czerwonych Marlboro które z nim podpalam, ku jego uciesze bez zaciągania i colą, którą przepijaliśmy ciastka na pikniku w Parcu Guel, oddając się mojej ulubionej czynności, siedząc na uboczu i niespiesznie obserwując ludzi, ich zachowania, odgadując narodowości i zawody.

You Might Also Like